Menu Zamknij

Silesia Marathon 2014 – relacja

No i stało się ! Zaliczyłem pierwszy w swoim życiu maraton – SILESIA MARATHON . Owszem, zdarzyły się wcześniej treningowo dłuższe dystanse, ale nigdy nie było zawodów na tym dystansie. Zacznijmy może od początku, czyli jak to się stało, że się zapisałem.

Nosiłem się z myślą startu od dłuższego czasu, ale jakoś nie mogłem się zdecydować. Decyzję pomogła mi podjąć Karolcia i Justyna, które się zapisały 😉 Stwierdziłem, że ja tez chcę ! 🙂
Same przygotowania były nikłe, ponieważ trenowałem jak zawsze, a ostatnio nawet mniej. Do tego ból łydki, na który skarżyłem się już od jakiegoś czasu nie dawał mi pozytywnego myślenia … ale kto jak nie ja ? 🙂
DZIEŃ PRZED ZAWODAMI           Pewnie Ci, którzy będą startować pierwszy raz będą szukali tutaj porad nt. przygotowań dzień przed, medytacji, e.c.t. Niestety nie znajdziecie ich tutaj. Dzień przed tak naprawdę nie pozwolił mi za bardzo na zastanawianie się nad tym, co się będzie działo. Od rana byłem zabiegany m.in. na ślubie Damiana i Patrycji, (których serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz życzę wszystkiego dobrego :).

          Popołudniu udało mi się wybrać do Katowic, żeby odebrać pakiet startowy, oraz poczuć atmosferę, tego, co dzieje się na miejscu. Na miejscu spotkałem część naszej ekipy (Dawida, Justynę, Gosię). Przy okazji udało mi się zrobić za darmo badania ciśnienia, cukru, oraz EKG 🙂 Odnośnie pakietu, to byłem pozytywnie zaskoczony. W otrzymanej reklamówce była: dobrej jakości koszulka, kamizelka z elementami odblaskowymi, buff, frotka na rękę, oraz jak zwykle mnóstwo kuponów, zniżek e.c.t 😉 W każdym razie było na bogato 😉
       Wracając do przygotowań, owszem, jadłem nieco więcej, oraz piłem trochę więcej niż zawsze. Dodatkowo idąc za radami biegających przyjaciół wieczorem wsunąłem jeszcze michę makaronu z mięsem, żeby mieć energię do biegu. W ramach uspokojenia pojawiających się nerwów wypiłem piwko 😉

DZIEŃ ZAWODÓW – poranek
       Pobudkę zorganizowałem sobie na godzinę 6, żeby wyrobić się ze wszystkim i zjeść śniadanko. Nie ma opcji ruszyć na zawody bez śniadania, choćbym musiał wepchnąć je na siłę. Wciągnąłem 3 bułki z szynką i serkiem i 2 z dżemem. Popiłem kawą i byłem gotów do akcji. !
        Start planowany był na godzinę 9:00, więc planowaliśmy być na miejscu około godziny 8. Po drodze zgarnąłem Justynę i Karolcię i w zestawie + Madzia i Aga pojechaliśmy w stronę Katowic. Na miejscu zdziwił nas brak korków. Znaleźliśmy miejsce na parkingu podziemnym 5 m od wejścia, szatni i depozytu.
         Jako, że wybiła 8 :00, czas było się przebrać. Dziewczyny poszły do szatni, mnie wystarczył bagażnik samochodu ;). Przebieranie zakończyliśmy standardowym numerkiem przed 😉
Humor dopisywał od samego początku, co zresztą widać na tym i wielu wielu innych zdjęciach. Generalnie nie wiedziałem chyba jeszcze co mnie czeka 😉
         Po przebierankach i numerkach wybraliśmy się na spacer i rekonesans najbliższej okolicy. Spotkałem wiele znajomych buziek, między innymi Martę, która od 5 rano walczyła w biurze zawodów przy wydawaniu pakietów 😉
DZIEŃ ZAWODÓW – 30 minut do startu
       Trzeba było się nieco rozgrzać i przygotować zaspane jeszcze nieco odnóża. Dziewczyny poszły się porozciągać, jak widać, nie brakowało przy tym wygłupów. 🙂
Od lewej Justyna, Karolcia
         Ja stwierdziłem, że skoro mam bez sensu truchtać w miejscu pójdę pomóc dzieciakom. PZU zorganizowało akcję. Za każdy kilometr na bieżni dom dziecka otrzymywał 10 zł. Podreptałem więc 1 km i przyczyniłem się do końcowej kwoty, a przy okazji rozgrzałem nogi. 🙂
DZIEŃ ZAWODÓW – 10 minut do startu

Ostatnie fotki “na świeżo”, ostatnie pogaduchy i powoli odczuwalny stres tego, co nadchodzi !.

Od lewej Karolcia, Justyna, Ja, Dawid
Ale jak widać dalej z dobrym humorem ! 🙂
       Reszta poszła ekspresowo, przejście na start, 10, 9, 8 ….. I poszli. Już nie było czasu na stres i zastanawianie się nad sensem tego, co robimy ! My już biegliśmy ! 🙂

BIEG

Temperatura nie zachęcała do biegu. Było dość zimno. Niektórzy radzili sobie workami foliowymi, foliami NRC, ja jednak miałem w perspektywie zapowiadane ciepło i to mnie trzymało 😉

Jaki był plan ? 
Plan nr. 1 zakładał złamanie 4 godzin i tego się trzymałem.
Plan nr. 2 nieśmiało liczyłem na 3:50, jednak jako, że był to mój pierwszy maraton nie wiedziałem, czego mam się spodziewać.
W czasie biegu posiłkowałem się radami Gosi, która była moim mentorem, a niestety przez przeziębienie nie mogła z nami biec.
        Na starcie stanąłem za zającem na 4 godziny. Ruszyliśmy. Bolała mnie nieco łydka, o której już wspominałem, ale nie było źle. Próbowałem biec z zającem, jednak nogi mnie niosły i nieśmiało zacząłem wyprzedzać i wysuwać się przed niego. Pamiętałem cały czas rady, żeby nie przesadzać. Plan na 3:50 zakładał, że muszę biec w tempie około 5:27. I udawało się, szło mi lekko, przyjemnie. Wyszło Słońce, byli kibice, coś pięknego. Po drodze spotkałem fajnych ludzi, pogawędziliśmy i tak czas zleciał do 27 km. W głowie cały czas miałem sławną “ścianę” przy 30 km. Głowę jednak zajmowała mi nie “ściana”, a ból łydki, który nasilał się coraz bardziej. Postanowiłem nieco zwolnić i było znośnie. Łydka bolała, ale przy mniejszym tempie pozwalała na stawianie kroków.         Po drodze starałem się odżywiać, nawadniać. Jadłem głównie banany i cukier, czyli to, co było sprawdzone. Piłem głównie izotoniki, ale wodę również wlewałem w siebie. W sumie powiem szczerze, że koło 30 km byłem tak głodny, że było mi to obojętne 🙂

         Na trasie było mnóstwo kibiców ! Kolorowych, głośnych, wykrzykujących moje imię (te z numerka startowego :D).
Wbiegliśmy na Muchowiec. Nie ukrywam, że bolało. Bolały kolana, łydki, pachwiny. Trzeba było silnej woli, żeby nie stanąć. A tutaj dopiero zaczęły się przygody i podbiegi.
        Na 32 km postanowiłem zgodnie z obietnicą zadzwonić do Agnieszki :D. Była zdziwiona, a z tonu głosu chyba pewna, że dzwonię, żeby powiedzieć, ze jadę karetką :D. Ale wyprowadziłem Ją z błędu i pobiegłem dalej.
        Koło 36 km, po kolejnych podbiegach przyszedł lekki kryzys, nie tylko fizyczny, bo przyzwyczaiłem się do bólu, ale psychiczny. Nieco osłabłem i było mi ciężko. I tutaj niespodzianka, około 37 km pojawił się anioł stróż z żelami. Jako, że postanowiłem lecieć bez, nie miałem czym się wzmocnić, a tutaj niespodzianka, stoi Pani z całą torbą żeli i pyta, czy chcę jeden …. TAK, chcę. Żel Carborade o smaku coli. …. szczerze mówiąc w smaku był taki sobie, ale miał jedną zaletę … był.Po krótkiej chwili poczułem jak zaczyna działać i to było piękne !. Wróciłem do gry ! Poniższe zdjęcie zrobione w momencie, jak żel zaczynał działać.                              

Po drodze była jeszcze kurtyna wodna dla schłodzenia. Myślałem, że jestem niezniszczalny aż do 39 km. Wtedy to właśnie zobaczyłem co przygotował dla nas organizator. Ostatnie 3 km były cały czas pod górę. Coś okropnego. Było trochę truchtu, trochę chodzenia, czas zaczął uciekać … nie miałem siły ;).

         Na 41 km zasłabła jakaś dziewczyna … masakra 🙂 Ostatni kilometr próbowałem już wmawiać sobie, że mam siłę, ale nie miałem, dreptałem tyle o ile, ze świadomością, że już niedaleko meta. Nie patrzyłem już na zegarek. 500 m przed metą dostałem czymś w głowę. Był to balon zająca na 4 h. Zadziałało, to na mnie jak wiadro zimnej wody. Zerwałem się do biegu i nie myślałem już o niczym, biegłem przed siebie, aż do samej mety !. Na ostatnich metrach zobaczyłem Gosię, która krzyczała z całych sił. Przebiegłem metę, dostałem medal od Marty :), ktoś mi dał folię, jakąś reklamówkę, napój. Nic nie było ważne, ważne było to, że zrobiłem mniej niż 4 h 😉 !.
UDAŁO SIĘ 03:58:55 brutto || JESTEM MARATOŃCZYKIEM !!


Powiem Wam, że emocje, jakie kotłują się w głowie w czasie biegu to jakaś masakra. Od zmęczenia, przez wzruszenie, po złość. Ciężko to opisać, ale całkiem przyjemne uczucie ! 🙂
META
Oprócz oficjalnego medalu dostałem od moich dziewczyn Ich własny medal. Ważniejszy nawet niż ten oficjalny !.
Zostałem zawinięty w folię NRC, zrobiło mi się fajnie, ciepło, musiałem odreagować 🙂
Chwila odpoczynku, zjedzenie zawartości otrzymanej reklamówki. Kanapka, batonik, picie i znowu miałem energię. Poszliśmy oczekiwać na mecie na resztę ekipy.
PO WSZYSTKIM 

Jak zwykle po zawodach były uściski, uśmiechy, gratulacje. Poznaliśmy rodzinki naszych przyjaciół, był czas na podskoki, foteczki 😉 Czyli nas nie da się zmęczyć ! 🙂

z Agnieszką

 

Od lewej Dawid, Gosia, Karolcia, Ja

 

Od lewej Ja, Justyna, Karolcia, Dawid, Gosia

 

Ostatnia głupawka 🙂
PODSUMOWANIE I PODZIĘKOWANIA ! 

Było ciężko, męcząco, ale jest satysfakcja. Był to jeden z lepiej zorganiozowanych biegów. Nie ma do czego się przyczepić. Dobra organizacja, fajny pakiet, brak zamieszania !. SUPER. 

Gratulacje dla ludzi, którzy osiągnęli imponujące czasy, w tym dla Dawida, który złamał 3 godziny. (AWESOME!).
Dzięki dla całej ekipy, która biegła ! Karolcia, Justyna, Dawid, Dawid … 😉 Jesteście super ! 🙂
Podziękowania dla wszystkich, którzy dopingowali mnie przez Endomondo (Darek, Tomek, Gosia, Agnieszka, Magda, Łukasz … ).
Dzięki dla Gosi, jako mojego Mentora (Run, run! You’re the winner! Now there is nothing that you can not do!) te słowa zostaną ze mną na długo !.

Dzięki dla Agi i Madzi za to, że ze mną były po raz kolejny!Podziękowania i gratulacje dla kibiców ! byliście super. Podziękowania dla Wolontariuszy, Służb i innych bez których nie dałoby się zorganizować takiego biegu. 


Dzięki dla Nessi za skarpetki w których biegłem, oraz dla Warsztatu Koszulkowego za koszulkę !

 

DZIEŃ PO ZAWODACH ! 

A jaki jest pierwszy dzień maratończyka ? W moim przypadku bolesny. Boli mnie łydka, bolą mnie kolana, pośladki 😉 Ale to jest dobry ból ! 🙂 POLECAM !

 

WYNIKI I ZDJĘCIA 

WYNIKI: TUTAJ
ZDJĘCIA: TUTAJ

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *