Menu Zamknij

Wyprawa w Beskid Śląski cz.1 – Skrzyczne – Cienków

Wybór pierwszego wypadu w Beskid Śląski padł na trasę Skrzyczne – Malinowska Skała – Zielony Kopiec – Gawlasi – Cienków. 

         Trasa dość trudna przy warunkach pogodowych, w których przyszło nam wędrować. Szlak bardzo wyeksponowany, a z nieba lał się żar i blisko 40 stopni w Słońcu. Widoki jednak rekompensowały wszystkie niedogodności. 
     Pobudka 7 rano, śniadanko i w drogę. 
No właśnie, jakoś trzeba dostać się do Szczyrku i tutaj pierwsza niespodzianka. Z Malinki do Szczyrku nie kursują żadne autobusy. Jedzie wprawdzie do Salmopolu, ale na nasze nieszczęście już odjechał. W sumie niewiele by nam to dało, bo z Salmopolu na Skrzyczne jest jeszcze sporo deptania. Postanowiliśmy złapać “stopa”. Pierwsze machanie, pierwszy samochód i już jedziemy. Kierowcą czerwonego Seata, który nas zgarnął okazała się przemiła kobieta, z Bielska Białej. Na nasze szczęście jechała w naszą stronę do pracy :). Pierwsza część trasy upłynęła na miłej pogawędce i zgubionej wodzie ;). Wysiadając z plecaka wypadła mi butelka z wodą. Na szczęście zorientowaliśmy się wchodząc na szlak, bo mogłoby być ciężko. 
O godzinie 9 byliśmy już u wejścia na szlak. Miał być wjazd kolejką, stwierdziliśmy jednak, że wchodzimy. 
Na całej długości trasy mieliśmy przyjaciółkę w postaci małej suczki. Szła z nami aż na samą górę ;). 
Na górze odłączyła się od nas i poszła szukać jedzenia u turystów odpoczywających i posilających się 😉 
 

 W połowie drogi na Skrzyczne znajduje się stacja przesiadkowa kolejki. Skrzyczne – Jaworzyna. Była chwila na odpoczynek, podziwianie widoków i rozpaczanie, że jeszcze tak daleko, wysoko i stromo ;).

W drodze na górę urządzaliśmy sobie pogawędki z ludźmi wjeżdżającymi kolejką na górę :).

Była też chwila na zrobienie sobie wspólnego zdjęcia. Autorem zdjęcia jest jakiś losowy Pan, który poprosił mnie o wykonanie Im zdjęcia w zamian za nasze zdjęcie 🙂 
W sumie … dlaczego nie 😉 
Ze stacji przesiadkowej na Skrzyczne szliśmy jeszcze z godzinę. W sumie była to chyba najtrudniejsza część podejścia. Było dość stromo, a do tego było coraz bliżej południa i coraz mocniej Słońce dawało popalić. 
Udało się jednak ;). Chwila przerwy, podziwianie widoków, uzupełnienie niedoboru płynów, kilka fotek i w drogę. 

Jak wspomniałem wcześniej trasa była cały czas mocno wyeksponowana. Podłoże z kamyczków i cały czas czuliśmy się jak na patelni.

Masakra totalna, jednak widoki całkowicie rekompensowały trudy wędrówki

Pejzaż dość monotonny, ale urokliwa była wędrówka po szlaku, na którym widzimy trasę po której podążamy. Z góry widać było jezioro Żywieckie, Międzybrodzkie i całą okolicę !. 
Idąc noga za nogą dotarliśmy do kolejnego punktu pośredniego, którym była Malinowska Skała. 

Trasa chyba ciężka, bo buty któregoś z wędrowców zakończyły żywota właśnie w tym punkcie. Swoją drogą dość osobliwy widok 😉 .

Przyszedł czas na posiłek. Cytując moją Agnieszkę “byłam tak głodna, że nawet konserwa mi smakowała”. Nawet nie wiecie, jaka smaczna jest konserwa i chleb tostowy na wysokości 1152 m.n.p.m.
Reszta trasy była już dość męcząca i strasznie się dłużyła. Początkowo chcieliśmy iść aż do Magurki Wiślańskiej, ale stwierdziliśmy, że brakuje nam wody, a przy tej pogodzie daleko nie zajdziemy. Dodatkowo na horyzoncie pojawiały się pierwsze chmury, które mogły zwiastować pogorszenie pogody. Nauczeni ostatnimi doświadczeniami na Baraniej Górze postanowiliśmy schodzić. Doszliśmy do Gawlasiego i skręciliśmy na żółty szlak. 
W tym miejscu wspomnę, że udało mi się zrealizować marzenie o szlaku bez ludzi. Od Zielonej Skały, aż do Cienkowa nie spotkaliśmy żadnych ludzi. Szlak faktycznie nie był jakiś urodziwy, ale też był dość prosty. 
Na tym fragmencie pokusiłem się o jedzenie malinek. Skubiąc krzaczek usłyszałem chrumkanie kawałek dalej, jak się okazało był to dzik. Nie wdawaliśmy się z nim w dyskusje, tylko udaliśmy się w stronę domu. 
Żółty szlak dłużył się niesamowicie, woda się kończyła, a końca widać nie było. 
Po 1,5 godziny dreptania widać już było kolejkę z Cienkowa. Nawet nie wiecie jaki to był kojący widok. Po dwóch godzinach doszliśmy na Cienków, udaliśmy się po zakup wody prosto z lodówki. I co ? I zaczęło padać i grzmieć. Podreptaliśmy do stacji kolejki z nadzieją, że może się uda. Nie, nie udało się, kolejka była wyłączona, burza szalała jeszcze mocniej, a do tego zaczęło łupać gradem. 
Przyszedł Pan z obsługi kolejki, zasięgnąłem języka i okazało się, że nie ma wizji uruchiomienia kolejki z uwagi na warunki, a na dół zostało jakieś 40 minut marszu. Światełko w tunelu uruchomiła informacja, że jeżeli nie uda się odpalić kolejki zostaniemy zwiezieni na dół samochodem terenowym (jeah !) :). 
W tak zwanym międzyczasie warunki pogodowe zaczęły się poprawiać i wyszła tęcza 😉 
Tęcza była dobrym znakiem. Okazało się, że wykonają ostatni zjazd kolejką. Dodatkowo jak się okazało Pan nie chciał już od nas pieniędzy. Kiedy zjeżdżaliśmy lekko padało i dookoła mruczała lekko burza. Coś niesamowitego. Dodatkowo kolejka szła w trybie “turbo”, jak to określił przez krótkofalówkę Pan z obsługi. Coś pięknego ;). 
Kto miał parasol, ten radził sobie w taki sposób z warunkami pogodowymi 😉 
Po zjeździe na dół czekało nas jeszcze 3 km marszu do domu. Pogoda poprawiła się na tyle, że można było iść. Po drodze spotkaliśmy roześmianego żulika, bardzo radosnego, że się ochłodziło. Zrobiliśmy zakupy i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. 
Kolacja była pyszna. Zrobiliśmy sobie makaron z jagodami zebranymi na szlaku ! 🙂 Coś pięknego ! 🙂 

PODSUMOWANIE: 

CZAS:         7,5 h + 0,5 h “stopem”
DYSTANS: 21 km + 12 km “stopem”
KOSZT:      3 zł woda na Cienkowie ! 🙂 
To by było na tyle. Już niedługo cz. 2 – Czantoria – Wielki Stożek, oraz test plecaka, który przewija się na zdjęciach . 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *