Menu Zamknij

Rowerem na Annaberg

          I stało się, w końcu i mnie się udało dołączyć do ekipy jadącej na Annaberg, czyli Górę Świętej Anny, lub jak mówi się w skrócie na “Ankę”.

Link do trasy na sport’s trackerze 😉
http://www.sports-tracker.com/#/workout/gizmo1985/f8lsgs30ejmg4kbs

           Jest to malownicza miejscowość położona w województwie opolskim. Jak sama nazwa wskazuje mieści się na górze, która zresztą skutecznie daje popalić rowerzystom wybierającym się w odwiedziny.
Znana jest przede wszystkim z Zespołu klasztornego Franciszkanów.
          Oprócz wspomnianego Zespołu Klasztornego warty wspomnienia jest również amfiteatr na 7 000 miejsc siedzących i 23 000 miejsc stojących. Robi zresztą niesamowite wrażenie, ale o tym później 🙂

          Ekipa na początkowym etapie liczyła 10 osób. Spotkaliśmy się w Gliwicach na Toszeckiej, aby omówić szczegóły wyprawy i wybraliśmy się w trasę. Pogoda zapowiadała się nie ciekawie, było dość pochmurno i parno, co delikatnie mogło sugerować burzę. Pojechaliśmy w stronę Pyskowic, aby odbić z Toszeckiej na Czołgistów 🙂 Dalej w stronę Dzierżna, Pławniowic, aż do Ujazdu, gdzie odbył się pierwszy dłuższy postój. Na tym odcinku pogoda znacznie się poprawiła, a brak ruchu na drodze bardzo pozytywnie nastrajał co do dalszej wyprawy 🙂 Postój zakończył się zaraz po tym, jak udało się zrobić zakupy w sklepie, który dość niechętnie chciał się dla nas otworzyć tego niedzielnego poranka 🙂

         Uzupełniwszy zapasy płynów chłodzących z jeszcze lepszymi humorami udaliśmy się w dalszą podróż 🙂 Widoki dookoła nieziemskie, asfalt przyjazny.

Sam podjazd na “Ankę” trzeba przyznać, że jest dość wymagający, ale nie jest nie do pokonania 😉

Przed samym wjazdem do samego centrum jest punkt widokowy, żeby złapać ostatni oddech. Widoki są nieziemskie. Stoi sobie stoliczek, ławeczki, jest opis okolicy, luneta 😉 Idealnie 😉

Kolega Michał wspina się swoim ciężkim sprzętem do punktu widokowego 😉

Na samej górze, oczywiście pamiątkowe zdjęcie u bram Klasztoru. Niestety nie zwiedziliśmy, ponieważ trwały Nabożeństwa, a nie było czasu, żeby poczekać na przerwę pozwalającą na wejście bez zakłócania spokoju. No nic, będzie motywacja do następnej wizyty 😉

             W drodze powrotnej zaczepiliśmy jeszcze o największy amfiteatr o którym wspomniałem na samym początku. Całość na prawdę robiła niezłe wrażenie.

Był czas na chwilę zadumy nad krawędzią amfiteatru 🙂

Pamiątkowe zdjęcie z Michałem i plecami Darka na dnie amfiteatru 🙂 I czas było jechać dalej 😉

Oczywiście widząc sanki grawitacyjne po drodze nie mogliśmy oprzeć się ochocie wydania 5 zł na tak emocjonujący zjazd 😉 Jednym słowem, jak dzieci 😉

Ale przejazd naprawdę ostry i emocjonujący 😉 Poza nylonowymi szmatami na końcu, które służą za znacznik gdzie hamować 🙂 Oczywiście nie wiedziałem i w dziób dostałem 😉

Podjazd po emocjonującym zjeździe nieco bardziej relaksujący 😉
No i niestety czas na powrót w stronę domu 😉

           Droga powrotna jak można się było spodziewać po podjazdach była dość intensywnym zjazdem 😉 Lekko pochylony bez używania pedałów osiągnąłem 50 km/h 😉 Wiatr we włosach, dźwięk opon, coś pięknego 😉 Zjazd trwał z dobre 10 minut 😉

          Jadąc zaczepiliśmy jeszcze o Biedronkę zakupić artykuły spożywcze na ognisko 😉 Cel podróży i ogniskowania -> Jezioro Srebrne 😉 Po lekkim poszukiwaniu drogi prawie zostaliśmy przejechani przez pijanego kierowcę w PIkaczento (jako przykładni obywatele zgłosiliśmy ten fakt na 112 😉 ).

           Jezioro srebre, bardzo ładny przybytek, jednak okazało się, że kazano nam zapłacić 5 zł/os za wjazd 🙂 Miło się uśmiechając pojechaliśmy dalej 😉

           Po dłuższej trasie w końcu znaleźliśmy jakiś zbiornik wodny, gdzie mogliśmy się rozbić 😉 Powstało ognisko, kiełbaski poszły w ruch.

Pyszna kiełbasa, doborowe towarzystwo, fajna miejscówka pozwoliła nam na regenerację sił 😉 Przy okazji poznaliśmy przemiłego Pana Leśnika 🙂

Czekając na goniącego nas 11-go uczestnika wyprawy Bartka był również czas na drzemkę 😉

         Bartek dogonił nas szczęśliwie i mogliśmy wyruszyć w drogę powrotną. Słońce świeciło w plecy, wiaterek lekki łagodził gorąco, pogoda rewelacyjna. Dogoniwszy grupę, która nieco wcześniej pojechała przed siebie sukcesywnie połknęliśmy ostatnie kilometry rozdzielając się na ekipy Gliwice / Zabrze + R. Śl. na ścieżce technicznej wzdłuż autostrady.

        Ekipa Zabrzańsko/Rudzka postanowiła zaczepić jeszcze o lotnisko 😉 Gdzie udało się nam pooglądać start człowieka z silnikiem na plecach 😉

        Z lotniska droga prowadziła już prosto do domu przez Pszczyńską, gdzie niestety udało mi się nie wypiąć z kosza w pedale i zaliczyć przewrotkę na skrzyżowaniu. Nie wiem jak mi się to udało zrobić w każdym razie dość mocno stłukłem kolano 😉 Wstałem jednak i podążyłem w kierunku domu. Na Knurowskiej rozdzieliliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę 🙂

         Podsumowując był to chyba najlepszy wyjazd jaki zaliczyłem w życiu. Impreza męcząca fizycznie, ale do polecenia wszystkim. Zrobione 153 km. 
          Zabawa przednia, towarzystwo jeszcze lepsze, pogoda boooska 🙂
Szacun dla wszystkich z ekipy za wytrwałość zwłaszcza dla Adasia i Bartka, którym faktycznie wyjazd dał popalić 🙂 


Aż czekam na następną podróż 🙂 W planie jest wyprawa gdzieś, kiedyś z namiotem 😉 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *