WAKACJE MARZEŃ – Tajlandia – Bangkok cz. 1

W godzinach porannych po całej nocy w samolocie wylądowaliśmy wreszcie w obiecanym raju. Staliśmy na lotnisku w Bangkoku nie bardzo wiedząc co ze sobą począć, ale plan się rodził !

No dobra – trochę Cię nabrałem – nie do końca było tak, że kompletnie nie wiedzieliśmy co począć. Mieliśmy plan gdzie chcemy się podziać, ale jeszcze nie do końca obudzeni, trochę jeszcze zszokowani musieliśmy wydostać się z lotniska. Szybkie odebranie bagażu, sprawdzenie dokumentów, wiza…

No właśnie WIZA !

Temat dość prosty. W samolocie Obsługa rozdała nam dokument, który należy wypełnić i z którym trzeba stawić się przy odprawie paszportowej. Wzory jak wypełnić ten dokument można szybko znaleźć w internetach 🙂 Warto mieć nocleg na sam początek wyprawy, ponieważ w tych papierach musisz podać gdzie się kwaterujesz.

INTERNET !

Następny krok, to łączność ze światem. Połączenia z polskich sieci kosztują blisko 5 zł / minutę, a o internecie nie chcę nawet myśleć, więc udaliśmy się do kiosku i zakupiliśmy kartę AIS lokalnego operatora z pakietem 35 GB / 30 dni za 80 zł 😉 Pani wzięła ode mnie telefon, włożyła kartę, skonfigurowała ! HURA, jeszcze tylko meldowanie rodzinom i już wychodzimy na pociąg 😉

Automat z biletami, a właściwie plastikowymi pastylkami, bramki jak w metrze, bramka z wykrywaczem broni i już jesteśmy na dole, czekamy na pociąg. Koło 30 minut drogi i już jesteśmy na ostatnim przystanku w nieco gwarniejszej okolicy. Do hotelu jeszcze mnóstwo czasu, ale w sumie skoro mamy go tak dużo, to przecież udamy się tam na nogach – jak prawdziwi backpackerzy. Przypomnę tylko, że każe z nas miało na sobie koło 25 kg bagażu. Udało się – jakoś dotarliśmy, ale Pani w hotelu wyglądała na zdziwioną 😉

Hotel !

Pierwszy nocleg, załatwiony przez internet Peace Land Hotel. Myśląc naszymi standardami nie spodziewaliśmy się za wiele po hotelu za 50 zł / osobę z basenem. Okazało się, że jakością dorównywał naszym – europejskim. Leżał na tyle blisko wszystkiego, że można się było poruszać tanimi Tuk Tuk’ami, ale na tyle daleko, że było cicho.

Na miejscu okazało się, że jesteśmy trochę za wcześnie i pokój nie jest gotowy, ale przywitano nas wodą i sokiem, dostaliśmy mokre ręczniczki, mogliśmy zostawić bagaż, a nawet korzystać z basenu. Obsługa dwoiła się i troiła, żeby było nam dobrze.

PIERWSZE KOTY ZA PŁOTY

W oczekiwaniu na kwaterunek postanowiliśmy przełamać pierwsze lody. Wybraliśmy się na spacer po okolicy. Umiejscowienie hotelu jest dość specyficzne, ponieważ z jednej strony stoi piękna świątynia, a dookoła ludzie mieszkają prawie na ulicy. Wydawało nam się to dziwne, ale potem okazało się, że jest to normalne.

Szybkie odwiedziny w świątyni, pierwsze zachwyty, ale trzeba coś zjeść. Wybór padł – ulica ! Pierwszy stragan, zamawiamy na migi, bo nikt nas nie rozumie, a co ! ryzykujemy. Ciężko powiedzieć co zamówiliśmy, ale było to smaczne. Na koniec wywołaliśmy spore poruszenie, ponieważ chcieliśmy oddać naczynia. W Tajlandii się tego nie robi 😉

Kable, wszędzie kable.

Pewnie widywaliście w internecie zdjęcia słupów uginających się pod kablami, przewodami, drutami. Serio tak jest i robi to niesamowity efekt 😉 Mam chyba z 15 różnych kadrów samych kabli 😉

RUCH ULICZNY

Jeździ ich dużo, głośno, po złej stronie drogi i dość agresywnie. Jeżeli jesteś pieszym i chcesz przejść, to tylko Twój problem 😉 Ogólnie często przechodzenie przez ulicę to fajna zabawa – dość niebezpieczna, ale fajna 😉 Skutery za to są wszędzie, nawet tam gdzie zdrowy rozsądek już dawno powiedział pass 😉

TUK TUKI

Mieliśmy już wracać, ale po drodze zaczepił nas kierowca lokalnego Tuk Tuka i zaproponował wycieczkę po okolicy za 2 zł 😉 Trochę zmęczeni, ale jednak przekonani przyjacielskim podejściem zgodziliśmy się – tak poznaliśmy FINN’a.

Po wycieczce zaproponował nam, że zawiezie nas do biura informacji turystycznej. W sumie nie wiem czemu, ale się zgodziłem. UWAŻAJ NA TEN NUMER ! Poszliśmy, usiedliśmy. Pani była przemiła, opowiadała o swoich dzieciach, wnukach, pokazywała zdjęcia z różnych miejsc. Rozmawialiśmy o naszym planie, o czasie jaki chcemy spędzić. Przemiła Pani rozpisała nam plan niezapomnianej podróży, że spaniem w górach, karmieniem słoni w dziczy i genialnymi trekingami. Wszystko ładnie i cudownie, ale po podliczeniu wyszło nam, że będzie nas to kosztowało koło 8000 zł 🙂 Kiedy podziękowałem pani chociaż nie było to łatwe 🙂 Na wyjściu zaręczała nam, że nie dostaniemy na nic biletów, bo wszystko zarezerwowane 😉

Biura turystyczne i tuk tuki ściśle ze sobą działają.

Kierowcy przywożą turystów do nich, a oni tankują im pojazd do pełna za równowartość 20 zł 🙂 Nie ważne, czy Wy coś kupicie, czy nie. Takie jest ich zadanie 😉 W sumie nie mnie oceniać, czy zaproponowana usługa była ok, czy nie. Dla nas było za drogo, a sam grafik był zbyt napięty i średnio pasował nam do wakacji naszych marzeń.

Następnego dnia umówiliśmy się z naszym kierowcą i ruszyliśmy na zwiedzanie Bangkoku. Myślę, że jeżeli interesujesz się tym tematem to doskonale wiesz gdzie chcesz się wybrać – według mnie jednak najciekawszymi miejscami była świątynia Golden Mountain, godzinny rejs po kanałach zakończony wizytą w Wat Arun i wizyta w Chinatown.

PRZEDE WSZYSTKIM ŚWIĄTYNIE

Bangkok to przede wszystkim świątynie. Leżący Budda, siedzący, szczęśliwy, smutny, stojący, kucający. Mnóstwo złota, przepychu. Może to kogoś kręci, ale dla mnie były to tylko punkty do odhaczenia, ponieważ nieszczególnie czuję się w takich miejscach komfortowo.

Jeżeli chcecie gdzieś się udać, to lokalni kierowcy chętnie Was tam zawiozą. Jeżeli zaś chcecie mieć święty spokój kiedy idziecie po mieście to nauczcie się formułki, że już wszędzie byliście, widzieliście stojącego, radosnego, wielkiego… Zapytają gdzie jeszcze się wybieracie, czy macie już bilety, jeżeli nie będą Wam w stanie niczego sprzedać, to życzą Wam miłego dnia 😉

KROKODYLE

Jak wspomniałem wcześniej udało nam się dostać na rejs małą kolorową łódką po kanałach. Widzieliśmy tam dość mocne kontrasty biedy i bogatych świątyń, zobaczyliśmy tam wielkie jaszczury, krokodyle. Byliśmy na bazarze na wodzie. Myślę, że to warto zobaczyć 😉

Jeżeli chodzi o jedzenie to generalnie wrzucaliśmy w siebie to, co jedzą miejscowi 😉 Czasem bywało za ostre, czasem posiłek to było prawdziwe wyzwanie, ale myślę, że na temat jedzenia warto napisać osobny post 😉

Tak oto upłynął nam pierwszy pobyt w Bangkoku. Pierwszy, ale nie ostatni, bo jeszcze tu wróciliśmy, ale o tych wrażeniach dowiesz się na samym końcu cyklu 😉 Jak zwykle zostawiam Was z galerią zdjęć ustrzelonych przeze mnie 😉

Polecane posty

Zostaw komentarz